Polecane

Obrazki żuławskie. Pierwszy.

Aleksander lubił odpoczywać na ganku. Były tam dwie ławki. Jedna zrobiona z szerokiej na pół metra deski – gładkiej i wyślizganej jeszcze od przedwojnia, opartej o ścianę domu i stalową rurkę barierki otaczającej podwyższenie ganku. Po wieczornym obrządku, można było wypalić tu, na spokojnie, klubowego (giewontów z czerwoną śnieżynką nie dowozili do geesu już od jakiegoś czasu, a za sportami Aleksander nie przepadał) patrząc z wysoka, ale takiego żuławskiego wysoka dwumetrowego, terpowego, wprost na łąki — do pierwszego, drugiego i trzeciego przejazdu. Szary, gryzący dymek wolno i po trochu był wwiewany przez, niewielki o tej porze dnia, przeciąg wprost w szerokie podwójne drzwi drewnianego domu pamiętającego czasy nojsztaterwaldzkich mennonitów.
– Gozdawa na początku nazywała się Zalesie – tak mówił – a Marzęcino to była Panna, Nowy Staw – Nytych – dodawał.
Na ganek zasuwał się od zachodu przyjemny cień dwóch potężnych lip stojących przed równo wygroszkowanymi betonowymi schodkami i kamieniem młyńskim służącym jako pierwszy stopień, położonym na płasko, jak półkolisty, szorstki, czyszczący trzewiki i gumowce dywanik.

Dopiero, kiedy byłem w wieku Aleksandra – żuławskiego osadnika, uświadomiłem sobie, jak bardzo musiał być odważny, żeby rzucić swoje dziedziczne morgi – podlubelskie Palikije i posażne – Doły na strzeszkowickich wybudowaniach prawie pod Niedrzwicą. Dał się przekonać władzy. Zamienił, wcale nie takie chude, mimo, że lekkie, morgi na bardzo ciężkie, ale jeszcze żyźniejsze hektary na Zachodzie, który wcale nie był na zachodzie, tylko na północy. Siedem to było za mało. Namówił brata, wziął od niego papier i już miał czternaście, po obu stronach granicznej piotrowsko-gozdawskiej drogi. To były całe dwa chłopskie przydziały załatwione w 47. roku w nowodworskim magistracie, z dwoma domami, w tym jednym tak biednym, że za niedługo został zaorany pod pszenicę. Całość, przypieczętowana przez Ministerstwo Ziem Odzyskanych na papierach zdobionych w kolorze zielonotytoniowym szlaczkami z herbów miast wracających do Macierzy. Tak tłuc się przez pół Polski z małymi zasmarkanymi córkami i jeszcze młodszymi synami zdając się na łaskę, niepewnej jeszcze swojego, zazdrosnej o wszystko i o wszystkich, władzy? Państwo dawało, bo się należało Lubelszczanom wykrwawionym w partyzantce, w Krężnicy Jarej, ale co, jak trzeba będzie oddać? A jak wrócą Niemcy, to co będzie?
Ziemia… ziemia najlepsza… ziemia urodzajna, najżyźniejsza, najbogatsza, najtłustsza… Spełniony sen chłopa – teraz to już prawie ziemianina, bogacza i posiadacza!

Marysia, najmłodsza „córeczka tatusia”, nie pytała o hektary, tylko o nowy dom, jaki jest tam daleko, skąd właśnie wrócił jej tata z kolegami.
– Dziecko, dom jest piękny, duży, obszerny z wielką komorą, ma duży ogród i stoi wysoko, na takiej specjalnej górze. Ale to nic, ważne, teraz słuchaj, obora zmieści nawet kilkanaście krów i kilka koni, a zapola w stodole wielkie i głębokie, że lepiej, żebyś tam nie wpadła.
– Ojejku! Stoi na górze… to będą nogi bolały… bo, jak się idzie z Dołów do Niedrzwicy, to też trzeba najpierw na dół, a potem do góry…

Dom był na terpie, na zachodnim skraju polderu wybudowanego w czasach, kiedy elblążanie wycinali bagienne lasy nad południowym brzegiem Zakątku Stobieckiego na drewno i pod działki osadników. Na początku XVIII wieku usypali nowy wał, tuż nad wodą, na nim postawili Graniczną Karczmę (tę samą. w której Aleksander znalazł piękną oficerską szablę, a która potem długo leżała na półce nad schodami do piwnicy – Mirek zaniósł ją, za piątkę z historii i lepsze sprawowanie, do szkolnej izby pamięci, a tam przepadła). Czarny Wał, niepotrzebny, gdyż nie musiał już bronić przed wysoką wodą, obniżono, wybrukowano, i była to odtąd najlepsza droga do Tiegenhofu.

Łąki – na pierwszym, drugim i trzecim przejeździe – były odgrodzone od pól ornych przy drodze do pegeeru „szerokim rowem”. Wiosną wody w nim przybywało nie wiadomo skąd. Był wówczas naprawdę szeroki i głęboki – nie do przeskoczenia. Drewniane kładki łączące przeciwległe skarpy stały zanurzone w wodzie marszczonej przez chłodny o tej porze roku wiatr. Szeroki rów, ale daleko od łąk Aleksandra, był zakończony zawsze zepsutą zasuwą na żelazną korbę. Wszyscy mówili, że zastawka jest „na wałach”, tam, gdzie w latach 70. zbudowano betonowy akwedukt, ale to nie była prawda – wały przeniosły się jeszcze dalej na północ, od kiedy pompa w Osłonce zrobiła swoje.
Aleksander mógł przysiąść przed swoim domem dopiero wieczorem, gdy jeszcze raz sprawdził, czy elektryczny pastuch, błyskający groźnie wysokim woltażem na oknie od podwórza w sieni, był już wyłączony. Kiedy krowy były już napojone z wanny przy drodze i zagonione z łąk do obory. Ustawione na swoje miejsca przy żłobie wykrzyczaną zniekształconą po lubelsku francuszczyzną, „puśtu!” i bardziej swojskich „nastąp się” grzecznie oddawały mleko wprost do wiaderka, na początku głośno, potem już tylko równo, strzykając w cynkowaną blachę. Podchodząc ostrożnie z kubkiem (żeby krowa nie machnęła dziecka ogonem) można było dostać na spróbowanie „małe jasne z pianką”, jeszcze ciepłe.
Potem Marianna wolno odlewała przez powąskę mleko do potokniętych przy hydrancie kanek, które rano dyżurny sąsiad zabierał swoim wozem do śmierdzącej lizolem zlewni mleka w Piotrowie.

Aleksander obserwował ruch na drodze obsadzonej wierzbami i olbrzymimi czarnymi topolami. Z kory tych drzew, grubej, zielono-brązowej, głęboko pooranej, powstawały łódki z papierowymi żagielkami. Ich kadłuby wyszlifowane o stopnie schodów były próbowane na rowach. Ludzie szli na ostatni autobus do miasta. Dźwigali siatki wypakowane zarżniętymi nieoskubanymi kogutami i butelkami po „patykiem pisanym” zatkanym korkiem z zwiniętego Głosu Wybrzeża, żeby śmietana się nie wylała.

Naprzeciwko ostatniego, trzeciego przejazdu, po drugiej stronie drogi, która wcale nie była po żuławsku prosta (czyżby kiedyś rów biegnący wzdłuż drogi, niedawno przekopany przez żołnierzy z OTK w kreskowanych moro, był małym strumykiem?), stała drewniana ażurowa wieża. Była ogromna. Przynajmniej tak mi się wówczas wydawało. Wyglądała prawie jak wieża Eiffla. Moi kuzyni wchodzili na nią po grubych belkach konstrukcyjnych, ale tylko na drugie piętro, wyżej było za niebezpiecznie. Ja bałem się wejść nawet po pierwszej drabinie. Bronek mówił, że na czubku wieży jest znak, „świeca” – dwa drewniane kwadraty przenikające się pod kątem. To taki punkt orientacyjny widoczny z innych, podobnych wież. Pod budowlą, w ziemi był kamień, którego nie wolno było odkopać, bo „za to się szło do więzienia”. Bronek tłumaczył mi, że patrząc z takich wież pod różnymi kątami można było narysować gdzie, co się znajduje na mapie. Nie zrozumiałem, co to jest sieć triangulacyjna. Nie znałem jeszcze przecież właściwości trójkątów. Teraz znam, ale rzadko kiedy to się przydaje.
To Bronek ze swoimi pracownikami wybudował tę piramidopodobną wieżę. Od tego się wszystko zaczęło.

Aleksander kochał Gierka. Przede wszystkim dlatego, że ten zniósł obowiązkowe dostawy. Co prawda, nigdy nie było problemu, żeby się z nich wywiązać, ale wolna dusza chłopska czuła się urażona, że musi zginać kark siejąc i hodując to, co państwowy pan każe. Na Lubelszczyźnie czasy odrabiania pańszczyzny musiały dobrze utkwić w zbiorowej chłopskiej świadomości zstępującej na kolejne pokolenia.

Aleksander chciał gospodarzyć po swojemu. Zburzył zastaną, stojącą tuż pod oknem śmierdzącą, chlewnię. Pomału pozmieniał prawie wszystkie, stojące w starym holenderskim układzie L, budynki na terpie. Stodoła była częściowo kryta trzciną, ta poszła pierwsza do rozbiórki. U podnóża wschodniej części terpa stanęła olbrzymia stodoła kryta eternitem, z jednym wielkim zapolem i trzema klepiskami. Wrota były wysokie – można było wjechać wozem z legarami wyłożonymi w górę na cztery warstwy snopków, czyli tyle, ile mogły uciągnąć Gniady i Kasztan zaprzężone razem.
Obora z chlewikami i stajnią stanęła zanim Gomułka i Brandt dogadali się co do granicy. Po starym budynku pozostały fundamenty z ciosanego granitu. Były jakby opaską biegnącą się wzdłuż żużlobetonowych murów nowego obiektu. Tradycyjne holenderskie bezpośrednie połączenie gospodarstwa z domem mieszkalnym zostało jednak docenione i obora nie była wzniesiona jako wolnostojąca. Zwyczaj miejsca został zachowany. Wygodne przejście z mieszkania murowanym, grubo otynkowanym, kilkumetrowym tunelem, zamknięte ciężkimi metalowymi drzwiami ogniowymi, było bodaj najbardziej ruchliwym miejscem w gospodarstwie. W nowej oborze wszystko było z cegły lub z betonu – chlewiki, żłoby, koryta, rynsztoki do gnojówki, posadzki. Było tam zawsze chłodnawo. Nie to, co w starej, gdzie we wgłębionych chlewach egzotermicznie przerabiały się kolejne warstwy obornika.

Kilka lat później, obok obory wykopano i wymurowano silos do kiszonek z liści buraczanych – zaplecze paszowe dla stadka bydła. To dopiero była prawdziwa nowoczesność w zagrodzie! Już niepotrzebne było aż tyle siana na zimę. Część łąk można było zaorać i posiać buraki cukrowe, na których z kolei można było nieźle zarobić. I w których się można było zarobić.
Wozówka z podcieniem (może podobna, jak w loewenowskim domu Janssona w Tui-Orłowie), wcześniej stojąca przy drodze, również powędrowała do ogrodzonego sztachetami czworoboku domostw na zapleczu. W wozówce, inaczej niż to zazwyczaj było w gozdawskich i piotrowskich obejściach, stanęły maszyny rolnicze, w tym snopowiązałka na cztery konie. Było tam też miejsce na kurnik. Drób był traktowany przez Aleksandra dość pobłażliwie, głównie jako przyczyna marnotrawstwa ziarna. Jedynym, co przekonywało go do hodowli prowadzonej przez babcię, to konieczność wyżywienia robotników przy młócce.

– Dziadku, dlaczego, po wojnie, jak tu przyjechałeś wybrałeś drewniany dom, a nie murowany jak te stojące bliżej szosy? – pytałem z niezrozumienia.
– Dom był drewniany, ale za to budynki były duże i dobre.

Dom w rzeczywistości nie był zły. Może nie taki, jak ten szwajcarski przy zlewni, dawnej mleczarni Manserów w Reinlandzie-Starocinie, ale całkiem obszerny. Był bardzo solidnie zbudowany na wysokim fundamencie, z dwiema niezależnymi piwnicami z klinkierową podłogą. Oddzielony od obory wiśniowym wysokim fajermurkiem. To wskazywało na dostosowanie się do pruskich przepisów pożarowych z początku XX wieku. To właśnie wtedy dom musiał otrzymać nowy nowocześniejszy wygląd.

Dom spowodował moje pierwsze zdziwienie Żuławami. ANNO 1798 BAU HER PETER LOEWEN BAU MEISTER – napis nad okutymi stalowymi ćwiekami drzwiami w podcieniu kuchennym od podwórza – to była moja pierwsza żuławska czytanka. Jeszcze na długo przed Falską. Na poddaszu, obok pokoju sypialni z białokaflowym piecem nakrytym rzeźbioną koroną, były pomieszczenia z tapetami położonymi na stare pożółkłe gazety z pięknie złożonymi przez mistrzów zecerskich szpaltami. To było kolejne zaciekawienie. Dopiero po latach, kiedy z wypiekami na twarzy czytałem w Rocznikach Gdańskich artykuły Stankiewicza o domach podcieniowych Petera Loewena zrozumiałem, jak wiele ten właśnie dom mógł znaczyć dla historii i dziedzictwa delty Wisły. Jakby na potwierdzenie moich przypuszczeń, kilkanaście lat później, w domu pojawili się studenci z Oldenburga i Torunia, diametralnie wywracając wyobrażenia o bezwartościowości i azabytkowości historycznego krajobrazu wokółnowodworskiego, nie tylko w mieszkańcach okolicznych wsi, ale również w głowach lokalnych decydentów z Nowego Dworu – przynajmniej na jakiś czas.

Pokój na piętrze z białym piecem nakrytym finezyjną koroną i z dwoma oknami wychodzącymi na południe, zacienionymi dwoma wielkimi orzechami włoskimi i jedną późną jabłonią, był pierwszym moim mieszkaniem. Zamieszkali tam moi rodzice po ślubie w marzęcińskim kościele i po gozdawskim weselu. Nawet dzisiaj, po pół wieku budowy dróg lokalnych na Żuławach, trudno sobie wyobrazić, jakim sposobem i kaskaderskim wyczynem kierowcy autobus san z weselnikami podjechał pod dom. I jeszcze zawrócił! Od strony pana młodego na wesele zjechali goście z jego rodzinnych stron.

Nie mogli się nadziwić, jak to gospodaruje się na „zachodzie”. Inaczej, niż w Krzątce. Pierwszą rzeczą, która bardzo rzucała im się w oczy był całkowity brak w okolicy lasów. W Puszczy Sandomierskiej każdy lepszy gospodarz miał przynajmniej kilka morgów swojego, zasadzonego na piachach. Józef, syn Jana (który miał syna Jana, który zmarł zanim się urodziłem), zasadził lasek obok kapliczki na krzyżu przy piaskowym gościńcu z przysiółka Gole do Krzątki. To było tuż obok żwirowni, gdzie Józef Gołąb, późniejszy profesor uniwersytetów: Poznańskiego, Krakowskiego i Warszawskiego, a wówczas asystent, znalazł na ćwiczeniach wojskowych w lipcu 1929 roku meteoryt żelazny (oktaedryt gruboziarnisty).

Lasowiacy słynęli od zawsze z produkcji pięknych ludowych mebli. Bo z czego miały żyć zagubione pomiędzy lasami Rościuszkiem i Poligonem wsie i przysiółki? Czerwone polskie krowy nie dawały tyle mleka, co czarno-białe rasy holsztyńsko-fryzyjskiej, hodowane na Żuławach. Było to jednak mleko bardziej tłuste – niełatwo się było przyzwyczaić w pierwszych dniach wakacyjnego pobytu, kiedy częstowano chłodzonym, prosto z kanki zanurzonej w studni. Na piaskach rosło żyto, tatarka i owies. Ziemniaki obrodziły lepiej tylko wtedy, kiedy wykorzystano obornik ze stajni i chlewów. Pola były długie i wąskie. Lisią Kitę, w stronę Rościuszka, Agnieszka oddała w posagu swojej jedynej żyjącej córce.

Używana przez miejscowych nazwa pobliskiego lasu nie była przypadkowa. II Rzeczpospolita budując Centralny Okręg Przemysłowy potrzebowała miejsca, gdzie można było testować uzbrojenie i amunicję z niedalekich zakładów w Dębie, Nisku i Stalowej Woli. Poligon był częścią życia mieszkańców okolicy od początku jego powstania w latach dwudziestych. Tutejszym z tego powodu nie było lekko także w czasie wojny. Chociaż dziś może to zabrzmieć kuriozalnie, ale Gole i wszyscy jego mieszkańcy byli „klasycznymi” wypędzonymi. Ze swoich domów musieli uciec i schronić się do pobliskiej Trzusowej. Ich gospodarstwa zostały zajęte przez obsługę TruppenÜbungsPlatz Süd, aż do czasu przybycia Sowietów. Byli wypędzeni w dosłownym, a nie rumsko-steinbachowskim, znaczeniu. Przyszli żołnierze, kazali się wynosić. Zgodnie ze zbójecką praktyką i zasadą zastrzelili wszystkie psy w przysiółku.

Naturalnym się wydawało, że średni syn Jana Goli z Krzątki zajmie się ciesielką. Budowanie wież triangulacyjnych było prawdziwym życiowym wzywaniem dla młodego chłopaka tuż po wojsku. Koledzy namówili – pachniało przygodą. Przebywanie w terenie, wciąż w innym miejscu, i jeszcze na „zachodzie”, czyli, tak naprawdę, na zachodzie i północy Polski, samodzielność i konieczność radzenia sobie w każdej sytuacji i w każdym zakresie z dala od szefów – to wszystko pociągało i pobudzało młodzieńczą fantazję. A że nie było łatwo? W wielu miejscach dawały się we znaki braki socjalistycznej gomułkowskiej gospodarki. Sklepy w zagubionych w lasach wsiach nie zawsze były w stanie zaopatrzyć i wyżywić niespodziewanych robotników, nadliczbowych poza planem. Wypłaty też przywożone były ciągle nie na czas. Marna była ich wysokość, chociaż być może bardziej atrakcyjna, kiedy zostało się już kierownikiem brygady.

Jak długo można było tak żyć? Gozdawa w samym centrum Wielkich Żuław była miejscem, gdzie zbiegły się drogi Bronka i Maryśki. Wreszcie ksiądz Wrażeń – ojciec i przewodnik duchowy wszystkich mieszkańców Krzątki – mógł odetchnąć z ulgą. Ten wysoki i postawny mężczyzna słynął z tego, że znał każdą owieczkę ze swego stada, nawet taką, która pasła się na „zachodzie”, a nawet w dalekiej Ameryce. Każdemu pomagał, czasami w sposób wydawałoby się nadnaturalny, kiedy wręczał listy polecające otwierające niespodziewanie drogę do ważnych osób. To było dla niego bardzo ważne – oto kręte ścieżki Bronka-Krzątczanina zostały wyprostowane.

Kiedy urodził się Żuławiak Grzesiu, pokoik na piętrze w starym loewenowskim domu przestał wystarczać młodym. Miejskie Przedsiębiorstwo Gospodarki Komunalnej w miasteczku dawało dobrą robotniczą posadę i mieszkanie w bloku z łazienką i dużym pokojem. Może to był awans, a może stabilizacja – zapowiadało się korzystnie.

Na Dworcowej zawsze był duży ruch. Na ulicy i w mieszkaniu. To była ruchliwa arteria pomiędzy pekaesem i pekape, z pocztą, hotelikiem, szpitalem, bankiem i siedzibą prezydium. Ze sklepem żelaznym gieesu i spożywczym peesesowskim, piekarnią, Barem Jacek, fryzjerem Bobkowskiego i rzeźnią „tanią jatką”. Z okna było widać pola i łąki ciągnące się, aż po elbląskie wzniesienia. Z Dworcowej można było lepiej przyglądać się Żuławom.

Tam powstawały kolejne żuławskie obrazki.

Nowy Dwór Gdański, wiosną 2014

 


powyższy tekst został opublikowany w wydawnictwie
Pomorska debata o kulturze: kultura pogranicza – pogranicza kultury
pod redakcją Cezarego Obrachta-Prondzyńskiego i Katarzyny Kulikowskiej
wydanym przez Instytut Kaszubski
w Gdańsku w 2014 roku

 

 

Nowodworski nepomuk

Jeden z nowych witraży w kościele pw. Przemienienia Pańskiego będzie poświęcony św. Janowi Nepomucenowi. Postaci w tej części świata katolickiego prawie nieznanej. Tymczasem św. Jan Nepomucen przez wiele lat patronował nowodworskim katolikom. W czasach, kiedy w rozwijającej się dynamicznie osadzie nie było nawet katolickiej kaplicy.

Jan Nepomucen był Czechem żyjącym w XIV wieku. Zasłynął wielką pobożnością jako kapłan i kanonik katedry na Hradczanach. Zakończył życie po ciężkich torturach, zrzucony do Wełtawy z mostu Karola w Pradze na rozkaz króla czeskiego. Według tradycji, Jan Nepomucen miał odmówić ujawnienia spowiedzi Zofii Bawarskiej królowi czeskiemu Wacławowi IV, który podejrzewał żonę o niewierność. Dziś możemy powiedzieć, że to Popiełuszko czasów średniowiecza. Kult Jana Nepomucena rozwijał się spontanicznie w Czechach dużo wcześniej zanim papież Benedykt XIII ogłosił go 19 marca 1729 roku świętym Kościoła katolickiego. Potem rozprzestrzenił się na sąsiednie ziemie, w tym również na Śląsk.

Tradycja nakazuje widzieć w św. Janie Nepomucenie orędownika podczas powodzi. Jest także patronem mostów oraz chroniącym pola i zasiewy przed powodzią. Wydaje się zatem, że to „idealny święty” dla Żuław. O ile jednak na Południu Polski bardzo często można znaleźć figury i kaplice poświęcone świętemu (chronił także przed suszą, patronował pielgrzymom i podróżującym), o tyle na Północy „nepomuki”, czyli wizerunki świętego Jana Nepomucena, są raczej rzadkie.

Wyjątkiem był nepomuk, który stał do 1840 roku na jednym z najważniejszych placów miejscowości, przed zamkiem (po 1833 roku przed zborem ewangelickim zbudowanym na jego fundamentach). Dziś to prawdopodobnie miejsce u zbiegu ulic Chrobrego, 3 Maja i Drzymały. Nepomuk nowodworski miał charakter pomnika – kamiennej kolumny o wysokości przeszło 4,5 m. Baza (piedestał) kolumny była zbudowana z marmuru i miała wysokość około 81 cm. Trzon wysoki na około 167 cm oraz głowica (kapitel) wysokości blisko 74 cm były wykonane z jasnoszarego piaskowca. Kolumna była zwieńczona figurą świętego wysokości około 135 cm wykonaną także z piaskowca. Święty został przedstawiony prawdopodobnie na tradycyjną ówczesną modłę. Stojący w kontrapunkcie brodaty kapłan z wydatnymi kościami policzkowymi, ubrany w sutannę i komżę, mający na głowie biret, trzymający w lewej ręce pozłacany, wzniesiony w górę albo adorowany przy piersi krzyż. Na bazie kolumny, od strony północnej widniała łacińska inskrypcja. Nie wiadomo, co zawierała. Może to były informacje o fundatorach, a może tylko jedno łacińskie słowo: tacui (milczałem, dotrzymałem tajemnicy).

Figura już w 1824 roku była w złym stanie. Zasugerowano pokrycie kosztów renowacji kolumny przez parafię katolicką z Żelichowa-Cyganka (dawniej Tiegenhagen). Ta jednak odmówiła powołując się na fakt, że kolumna, jako nieruchomość zamkowa, jest własnością państwa. W 1840 roku zarządzający w imieniu pruskiego króla porucznik Taegen wykorzystał katastrofalny stan pomnika, aby pozbyć się symbolu katolicyzmu, który raził uczucia tutejszych ewangelików uczęszczających do pobliskiego zboru. Zaproponował sprzedaż kolumny proboszczowi Muellerowi z Żelichowa-Cyganka. Ten kupił pomnik świętego w częściach, za 15 talarów pruskich (1 talar można było wówczas zamienić na 10 dużych bochenków chleba, a za 15 talarów kupić 5 beczek, czyli około 1000 litrów, piwa). W planach było ustawienie kolumny na nowo na cmentarzu przed kościołem, do czego jednak prawdopodobnie nigdy nie doszło, mimo, iż pomnik został przetransportowany do Cyganka. Niestety, nie są znane dalsze losy nowodworskiego nepomuka. W 1845 roku proboszcz Borowski z cygankowskiej parafii otrzymał zgodę na budowę filialnej świątyni niedaleko miejsca, gdzie jeszcze parę lat wcześniej stała kolumna.

Nieodgadnione pozostaje, kto był fundatorem kolumny św. Jana Nepomucena na nowodworskim zamku? Figura powstała zapewne jeszcze w czasach katolickiej II Rzeczypospolitej, czyli przed 1772 rokiem. Najbardziej prawdopodobne są dwie możliwości. Fundatorem mógł być królewicz Jakub Ludwik Sobieski, najstarszy syn Jana III (zwany w młodości Fanfanikiem) – ostatni właściciel dóbr nowodworskich z rodu Sobieskich, który jako książę oławski zetknął się na Śląsku z bogatym kultem świętego związanym z rzekami i powodziami (np. wodne procesje). Do dziś na rynku w Oławie stoi, bodaj najstarsza w Polsce figura św. Jana Nepomucena z 1706 roku.

Druga, równie prawdopodobna możliwość, to ufundowanie kolumny przez warszawski Zakon Kanoniczek Świeckich, dla których Józefina Antonina z Zahorowskich Zamoyska zakupiła w Warszawie od Sobieskich Marywil (dziś w tym miejscu jest plac Teatralny i stoi Teatr Wielki) a także „kilka wiosek za Wisłą”. Dobrami nowodworskimi zgodnie z wolą ordynatowej Zamoyskiej zarządzała ksieni zakonu od 1762 roku (po uprawomocnieniu się jej testamentu). Być może to wtedy powstała nowodworska kolumna. Inspiracją dla przełożonej zakonu mógł być warszawski nepomuk stojący do dziś przy ul. Senatorskiej, zaledwie kilkadziesiąt metrów od miejsca, gdzie kiedyś był klasztor kanoniczek. Figura św. Jana Nepomucena zgodnie z życzeniem marszałka koronnego Józefa Wandalina Mniszcha została ustawiona przed bramą jego pałacu w 1733 roku.

Należy jeszcze dodać, że na Żuławach można znaleźć zaledwie trzy nepomuki, wszystkie wewnątrz kościołów. W Pogorzałej Wsi znajduje się witraż z początku XX wieku. W Kończewicach na konfesjonale święty występuje jako patron spowiedników. W Starej Kościelnicy na zwieńczeniu ołtarza, razem ze św. Krzysztofem, patrzą z wysoka zapewne jako patroni podróżujących. To wszystko.

Witraż z wizerunkiem św. Jana Nepomucena w kościele pw. Przemienienia Pańskiego w Nowym Dworze Gdańskim to piękne nawiązanie do starej tradycji. Będzie chronił miasto i okolice przed powodzią. Kto wie, czy nie lepiej, niż obiecane wrota przeciwpowodziowe na ujściu Tugi.

Głupota atakuje!

Głupota ludzka rozprzestrzenia się. Dlaczego? Amerykańscy naukowcy nie mają wątpliwości. To wina wirusa. Alarm! Chlorowirusy atakują ludzkie DNA! Umiejscowione w gardle człowieka sprawiają, że ma on osłabioną aktywność mózgu, niższą możliwość koncentracji, uczenia się i zapamiętywania. Co gorsze, zdarzają się również zaburzenia funkcji poznawczych.

Faktem jest, że amerykańscy uczeni są coraz częściej kojarzeni z uczonymi radzieckimi ze starych antyperelowskich dowcipów. Nie należy się temu dziwić, gdyż jakże często okazuje się, że wiele współczesnych tzw. „ustaleń naukowych” odbywa się w drodze głosowania różnych mądrych gremiów. I jak to czasami bywa przy stosowaniu metody demokratycznej: racja jest po stronie większości, nawet jeżeli ta większość wisi tylko na jednym głosie. Sprawa zamknięta, „nauka” się wypowiedziała.

W przypadku wynalezienia wirusa głupoty nie sposób jednak nie przyznać jankeskim uczonym racji. Wyniki ich badań pokrywają się całkowicie z praktyczną codzienną obserwacją. Głupich przybywa w zastraszającym tempie!

Mało tego, głupi są poszukiwani i są w cenie!

Jakże często słyszymy, że ktoś zrobił dobry interes, bo znalazł głupich, którzy zakupili jego towar lub usługę. Zawirusowani to idealni odbiorcy wszelkich przekazów reklamowych, których łącznie doświadczamy, chcąc nie chcąc, ponoć kilka tysięcy dziennie.

Gorsza sprawa, kiedy dowiadujemy się, że ktoś dorwał się do władzy, bo głosowali na niego jacyś głupi ludzie. W tym miejscu warto przypomnieć starą góralską maksymę przekazaną znanemu filozofowi ks. Józefowi Tischnerowi. Tako rzekł stary baca: demokracja to rządy ludzi głupich. Wiadomo, ludzi mądrych jest znacznie, znacznie mniej, niż 50% uprawnionych do głosowania.

Warto zastanowić się przez chwilę, co to znaczy być głupim. Według jednej z klasycznych definicji, głupota to odporność na poznanie prawdy. To jak w anegdocie o facecie, który nie wierzył w istnienie żyrafy – zwierzęcia z bardzo długą szyją. Nie uwierzył nawet jak zaprowadzono go do zoo. Znaczy się – ten był głupi.

Miejscem, gdzie młodzi ludzie mają dostać szczepionkę na głupowirusa jest szkoła. Niestety, szczepienia są nieskuteczne od lat. Wielu nauczycieli już od dawna choruje i zaraża. Są na to dowody. Jak bowiem wytłumaczyć fakt, że co bardziej zdrowsi uczniowie na lekcjach są strofowani uwagami w stylu: ty się tam nie wymądrzaj!, nie filozofuj! lub po prostu – nie bądź taki mądry! Część uczniów, prawdopodobnie zarażonych wcześniej w domu przez swoich rodziców, aktywnie zwalcza co odporniejsze koleżanki i kolegów. Jak? Kto chodził do szkoły, ten wie. Wirus w szkołach rozprzestrzenia się bardzo szybko również ze względu na obecną modę unikania tworzenia szkół i klas elitarnych, z wyższym poziomem nauczania – wolnych od zarazy.

My społeczeństwo mamy problem. Ciężko jest zabezpieczyć się przed postępową, pardon, postępującą epidemią. Pewien Rosjanin napisał, że jak Pan Bóg chce kogo ukarać, to mu najpierw rozum odbiera. Dla niewierzących (wierzących inaczej), możliwa jest też wersja, że to jakaś obca cywilizacja postanowiła zawładnąć Ziemią i rozpyliła zarazki z orbity. Albo wdmuchnęła do ust podczas bliskich spotkań trzeciego stopnia.

Podstępność choroby jest wielka. Prawie nikt nie zauważa, że jest chorym. Często słyszymy: nie jestem głupi!, nie jestem przecież taka głupia! Ciekawostką jest, że często, przy różnych okazjach, winszujemy sobie nawzajem posiadania większej ilości dóbr materialnych. Przez gardło nam nie przejdzie, żeby życzyć komuś więcej rozumu. Chyba, że z przekory lub w złości. Może to jeden z objawów działania wirusa? Uważamy posiadaną przez siebie mądrość za wystarczającą, a status materialny zawsze chętnie byśmy sobie poprawili.

Jak obronić się przed zarazą? Wirus prawdopodobnie przenosi się bezpośrednio drogą kropelkową. Najlepiej jest zatem nie rozmawiać z ludźmi już chorymi (tak zalecał Marek Twain). Inne, udowodnione sposoby uaktywniania i namnażania wirusa mają charakter raczej wtórny. Modyfikacja fal radiowych i telewizyjnych, przekazów medialnych i internetowych może, ale nie musi, spowodować początek lub rozwój symptomów chorobowych. Jednym z pierwszych objawów u zaatakowanego zdrowego osobnika jest jego poważne osłabienie. Zetknięcie się z wirusem powoduje w pierwszej kolejności marnowanie cennego żywotnego zasobu, jakim jest czas. Każdy ma go niewiele – tylko 24 godziny na dobę.

Obrona przed zarażeniem jest dodatkowo utrudniona, gdyż głupi ludzie działają jak zombie w klasycznym horrorze. Atakują zbiorowo. Osaczają. Ustanawiają zasady, według których ofiara ma postępować, a które, z drugiej strony, sprzyjają zakażeniu. W sytuacji pandemii, wmawia się ludziom zdrowym, że to właśnie oni są pacjentami. Dochodzi do tego, że odporność jest traktowana jako objaw chorobowy i zalecenie wszczęcia leczenia.

Rozglądajmy się zatem czujnie dokoła! Unikajmy chlorowirusów i ich nosicieli!
Może warto udać się na bliższy lub dalszy Wschód? Może tam została jeszcze jakaś niezarażona, niezachodnia cywilizacja!

O nowodworskim herbie

Władze Nowego Dworu Gdańskiego wyszły z propozycją zmiany herbu miasta. I słusznie zrobiły! Przynajmniej z kilku powodów. Pierwszy i podstawowy – dzisiaj używany herb nie jest umocowany w tożsamości miasta i został wymyślony, w zasadzie od nowa, w latach 90. zeszłego wieku. Po drugie, nie jest zgodny z zasadami heraldyki (złota brama na srebrnym zamku – nie kładzie się na tarczy herbowej metalu na metal). Po trzecie, wzór zamku na tarczy herbowej został skopiowany z niemieckiego herbarza, można powiedzieć, że powstał w wyniku plagiatu. Co w takim razie proponują władze? Ma zostać przywrócony herb, bardzo bliski temu, który oficjalnie obowiązywał w latach 1896–1945, czyli przez niecałe pół wieku. Czy to jest dobra propozycja? Niekoniecznie.

herb ndg proponowanyNowy-stary wizerunek herbu został przedstawiony w zamówionych przez nowodworskich urzędników publikacjach, w zasadzie bezalternatywnie, jako jedyny możliwy do przyjęcia. Wydaje się jednak, że temat nowego symbolu miasta został potraktowany zbyt powierzchownie. Niektóre wątki z historii heraldyki nowodworskiej zostały potraktowane pobocznie, lekceważąco lub wręcz zostały pominięte. Ponadto, ostatnio powstałe publikacje zawierają całkiem sporo błędów merytorycznych i językowych (w tym ortograficznych!), co dodatkowo podważa ich wartość. Cechą charakterystyczną wielu różnych współczesnych prac naukowych jest bardzo słaba krytyka źródeł.

Na pewno wielu mieszkańców miasta zada sobie teraz pytanie, czy rzeczywiście ich miasto musi przyjąć symbolikę ewidentnie wiążącą się z niemiecką tradycją kulturową? Ktoś im odpowie: a cóż w tym złego, skoro taka jest tradycja?

Jednak w przypadku Nowego Dworu Gdańskiego bardzo zasadne wydaje się pytanie, czy herb z ceglanym, „nibykrzyżackim” zamkiem rzeczywiście wynika z pradawnych tradycji tej miejscowości? Czy jest wystarczająco silnie umocowany w historii i tożsamości miasta? Okazuje się, że można mieć w tym względzie poważne wątpliwości. Zasadne jest bowiem pytanie: czy w roku 1896 Berlin nadając Tiegenhofowi herb, po prostu narzucił mieszkańcom miasta wzór, który niekoniecznie im odpowiadał? Wszystko wskazuje na to, że tak. Tak właśnie mogło być.

lubieszewo widok zamku pieczec ndgnovydwgd

Spójrzmy na fakty. Po uzyskaniu praw miejskich w 1881 roku władze miejskie posługiwały się herbem, przedstawiającym, owszem, zamek nowodworski, ale o wyglądzie zdumiewająco zbliżonym do wyobrażenia siedziby starostów, uwiecznionym na obrazie w ołtarzu w kościele w Lubieszewie. Nie można mówić, że był to wówczas herb nieoficjalny, skoro zachował się jego wizerunek z podpisem w otoku „Magistrat Miasta Tiegenhof”. Taki wizerunek herbu (z cebulastymi hełmami i chorągiewkami na wieżach zamiast spiczastych dachów z krzyżami) został umieszczony również w herbarzu Ottona Huppa, cenionego do dzisiaj, niemieckiego heraldyka. Wiadomo też, że takie godło herbowe było używane dużo wcześniej przez nowodworskie bractwo strzeleckie.

Z jakiego powodu, uświęcony tradycją wizerunek zamku nowodworskiego zmieniono na inny, przypominający gotycki, „krzyżacki” zamek? Na to pytanie najkrócej można odpowiedzieć: takie wtedy były czasy!

Badacze herbu nowodworskiego, co prawda, piszą, że wyobrażenie ceglanego, gotyckiego (albo neogotyckiego) zamku w przedwojennym herbie Tiegenhofu jest typowe dla epoki romantyzmu, ale jakby nie godzą się na to, że to właśnie był sposób na podkreślenie jego niemieckości. Można przypuszczać, a nawet mieć pewność, że zmiana nowodworskiego godła, była podyktowana modnymi wówczas trendami, w szczególności dążeniami do podkreślania niemieckiej misji cywilizacyjnej na Wschodzie. Zakon Krzyżacki i jego ceglane zamki w Prusach były od czasów króla pruskiego Fryderyka Wilhelma III pozytywnym symbolem obecności Niemców na tych terenach. Faktem jest też, że nie ograniczano się w tych przekonaniach wyłącznie do dyskursów filozoficznych, ale przekładano to na całkiem praktyczne, konkretne działania. Dowodem niech będzie choćby historia rekonstrukcji zamku w Malborku pod koniec XIX wieku realizowanej, co prawda z wielkim pietyzmem, ale w duchu romantycznych, gotyzujących wyobrażeń, z zatarciem wszelkich śladów polskiego, dość długiego panowania na zamku. Słynne niemieckie odznaczenie wojskowe – Krzyż Żelazny jest również swoistym produktem tamtych czasów, ludzi i idei – znakiem rozpoznawczym rozpoczętej przez Prusy (po zwycięstwie nad Napoleonem) romantycznej, niemieckiej walki wyzwoleńczej. Symbolem, który poprowadził Niemców aż do wydarzeń roku 1945.

Jakie wnioski płyną zatem z tych krótkich heraldyczno-historycznych rozważań? Proponowana zmiana herbu Nowego Dworu Gdańskiego na ten, który został nadany przez cesarza Wilhelma II jest odwołaniem się do niezbyt chlubnych fragmentów pruskiej państwowości w dziejach miasta nad Tugą. Można powiedzieć, z dużym przybliżeniem, że oba herby z 1996 roku i z 1896 roku zostały do miasta, „przywiezione w teczce” z zewnątrz. W podobnym, bardzo niewielkim stopniu, uwzględniały w momencie ich ustanowienia tradycje i tożsamość stolicy Żuław.

Dodatkowo, proponowana dla miasta flaga posiada identyczne barwy (ale w odwrotnej kolejności) jak flaga II Rzeszy Niemieckiej, czyli Cesarstwa Niemieckiego. Trudno dziś orzec, czy było to celowe zamierzenie, czy przypadkowa zbieżność.

Należy zauważyć, że powyższa, krótka analiza absolutnie nie jest przejawem „myślenia ahistorycznego” i nie wpisuje się w „ciemną stronę polsko-niemieckiego dyskursu”. Wprost przeciwnie, przedstawione konkluzje wynikają wprost z umiejscowienia historii naszego regionu i miasta w kontekście zachodzących równolegle w Europie procesów dziejowych. Kolejny raz, temat zmiany herbu jest podejmowany bez prawdziwej, rzeczowej dyskusji w gronie heraldyków, historyków i pasjonatów.

Czy zatem powinniśmy przyjąć herb, tym razem „na kilkaset lat”, uzasadniony tradycją, która nie dość, że obca współczesnym mieszkańcom miasta, Polsce i Polakom, okazuje się nie aż tak bardzo tradycyjna? Czy może lepiej sięgnąć do historycznych korzeni nowodworskiego godła?
Rzecz warta głębszego zastanowienia również w kontekście kształtowania tzw. polskiej polityki historycznej, czegoś, co inne narody robią od dawna, i czemu poświęcają wielką uwagę, a czego Polacy od dawna nie mają.

Na marginesie, należy zauważyć, że herbowych wątków w historii Nowego Dworu Gdańskiego jest znacznie więcej, niż wynika to z publikacji wydanych na zlecenie Urzędu Miejskiego.
Ciekawostką historyczną jest pojawiającą się u niektórych autorów sugestia, że rejon obecnej ulicy Sikorskiego (Vorhof, czyli „przeddworze”) posiadał swój własny herb, który był eksponowany w budynku dzisiejszego domu towarowego (koło banku spółdzielczego), dawnej gospody cesarskiej. Herb miał wyjechać razem z mennonitami na Ukrainę na początku XIX wieku.
Inny niezbadany temat herbowy to sprawa godeł używanych w pieczęciach tutejszych parafii. Wśród nich, znane jest godło parafii w Kmiecinie (Fürstenau). Z kościoła w Kmiecinie korzystali dawniej nowodworscy ewangelicy. Czy parafie w Tui albo w Żelichowie (Petershagen), obejmujące swoim zasięgiem tereny najstarszych części miasta posiadały swoje własne herby?
Osada przyzamkowa i zamek w Nowym Dworze były oznaczane najpierw, po prostu, nazwiskiem ich pierwszych właścicieli Loitzów (co widać na mapach Henneberga, jeszcze z XVI wieku). Należałoby kilka słów powiedzieć o herbie tego rodu.

I jeszcze jedna uwaga. Heraldyka, jako nauka pomocnicza historii, wymaga wiedzy interdyscyplinarnej. Przykładem na to niech będzie oficjalny opis herbu Powiatu Nowodworskiego. Trzy pałki wodne na tarczy herbowej zostały uznane za trzciny!
Cóż, historyk może nie odróżniać pałki od trzcin, ale heraldyk musi. Zwłaszcza, że pałki wodne są heraldycznym symbolem spokoju i dobrobytu.

Mobilność

Czy mieszkańcy Żuław są mobilni? Pytanie o mobilność Żuławiaków nasuwa się w kontekście przygotowywania różnego rodzaju strategii, które mają nam zapewnić rozwój regionu. W rzeczywistości – raczej ułatwić pozyskanie pieniędzy z dotacji, co niekoniecznie musi się wiązać z poprawą koniunktury.

Oczywiście, najpierw zastanówmy się nad definicją mobilności. Niech chodzi o mobilność zawodową i społeczną, czyli, w skrócie, o łatwość zmiany miejsca zamieszkania lub/i miejsca pracy. Pomińmy, w tym miejscu, że może to również oznaczać zdolność do elastycznego i sprawnego działania. To byłby już temat do oddzielnych rozważań.

Postawmy tezę, że wbrew panującym utyskiwaniom i narzekaniom jesteśmy wyjątkowo mobilni. Gadanina o wysokim bezrobociu w powiecie nowodworskim spowodowanym brakiem mobilności to pusty stereotyp, którym czasami jest wygodnie się posłużyć, aby ukryć ogólnie złą sytuację – jak to się zwykło mówić – społeczno-gospodarczą.

Dowody na mobilność każdy może dostrzec gołym okiem. Szkoda tylko, że niektórzy (Ci Co Więcej Mogą) widzą to dopiero po nieco dłuższym zastanowieniu. A przecież… Z Nowego Dworu Gdańskiego do pracy za granicą, ostrożnie szacując, wyjechało, czyli „umobilniło się”, około 1000 osób (na nieco ponad 10000 mieszkających). Jest to około 20% siły roboczej. W powiecie nowodworskim jest przeszło 2000 zarejestrowanych bezrobotnych. I przyjmijmy, że Ci co wyjechali nie znaleźliby pracy na miejscu. Wszak wyjeżdża się raczej z musu, niż dla przygody. Zatem, przynajmniej co trzeci bezrobotny jest mobilny. Czy to oznacza słabą elastyczność na rynku pracy?

Dodajmy jeszcze spory czarny i szary rynek pracy, z którego korzystają bezrobotni w sposób doraźny, a który znajduje się zazwyczaj w Trójmieście, Elblągu, Tczewie, Malborku i Kwidzynie. O wielkości mobilności w tym kierunku można się przekonać obserwując pojazdy i ich pasażerów mijających rogatki stolicy Żuław we wczesnych godzinach rannych.

Do ludzi mobilnych dopiszmy jeszcze sporą grupę osób, którzy traktują dobrze położoną miejscowość jako miasto-sypialnię. Tych byłoby zdecydowanie więcej, gdyby komunikacja publiczna działała z nieco większą częstotliwością…

Czy mobilność są w stanie zmierzyć oficjalne statystyki? Raczej nie. Szkoda, że nikt nie liczy (jak to jest np. w Niemczech) liczby miejsc pracy w naszym mieście i okolicy. Miarą mobilności byłby stosunek liczby wszystkich pracujących do ilości etatów dostępnych na miejscu.

Jesteśmy zatem mobilni. I to wcale nie dlatego, że w urzędzie pracy można dostać dodatek dla osób podejmujących pracę poza miejscem zamieszkania lub  premię relokacyjną za przeprowadzkę. W polskich warunkach, przy proporcji zarobków i kosztów utrzymania w nowym miejscu, warto zmieniać swoje życie tylko w przypadku wyjazdu do naprawdę dobrze płacących pracodawców.

A może dobra praca, jest rzeczywiście tylko bardzo, bardzo daleko – tylko tam, gdzie już nie sięga albo jest za słabe polskie prawodawstwo? I to dlatego nie mamy innego ekonomicznego wyjścia – musimy być mobilni.

Bajka o żuławskiej żabce

Jak wiadomo, wszystkie żaby na świecie chcą mieszkać na Żuławach. To dla nich wymarzona kraina. Ileż tu rowów, kanałów, rzeczek, bagien i bajorek… W nadbrzeżnych szuwarach, gdzie rosną trzciny i pałki wodne wysokie prawie jak drzewa, jest żabie królestwo. Tutaj na wielkich jak zielona patelnia liściach nenufarów przyjmują swoich poddanych król i królowa wszystkich żab. W płytkiej wodzie, tuż przy brzegu, tam gdzie stare wierzby głaskają swoimi witkami błękitną taflę wody, przychodzą na świat żabie księżniczki. A wieczorem niesie się po łąkach i po urodzajnych żuławskich polach najmilszy sercu każdego Żuławiaka koncert. To wszystkie żaby zmęczone całodziennym nicnierobieniem rozpoczynają wieczorne muzykowanie na instrumenty dęte i dmuchane. Hen, daleko, aż na malborskim zamku, słychać rechot i kumkania.

Nie masz dla żab lepszego miejsca na świecie jak Żuławy.

Pewnego roku, nie aż tak dawno temu, było bardzo upalne lato. Słońce grzało niemiłosiernie. Trudno było znaleźć choćby odrobinę cienia. Bajorka i bagna powysychały a w rowach i kanałach, rzecz na Żuławach niesłychana!, zaczynało brakować wody! Wielkie pompy, które w czasie suszy nawadniają uprawy buraków i pszenicy nie nadążały z pompowaniem wody. Na żabie królestwo padł blady strach.

Biedne żaby, zamiast jak zwykle radośnie pluskać się w wodzie, nieruchomo wpatrywały się w niebo szukając z nadzieją jakichkolwiek oznak zbliżającego się deszczu. Smutne czekały na pojawienie się choćby niewielkiej chmurki. Nawet rechotać o zmierzchu im się już nie chciało..

Ale jedna mała żabka na przekór wszystkim wciąż dokazywała. Gdy w upale wszystkie wzdychały o odrobinę wody, ona wesoło skakała i darła się wniebogłosy:
– Jutro spadnie deszcz! Jutro spadnie deszcz!
– Ach ta dzisiejsza młodzież… za moich czasów…- kumkał na to z coraz większym zniechęceniem żabi tata.
Inne żaby nie były, aż tak pobłażliwe:
– Chcesz być mądrzejsza od wszystkich? – denerwowała się sąsiadka żaba, która nigdy nie miała swoich żabich dzieci. – Przecież na niebie nie ma ani jednej chmurki. Deszczu nie będzie. Jesteś tak mała, a już tak przemądrzała, że aż głupia. Wstydź się!

Jednak na drugi dzień, ku zdziwieniu wszystkich, rozpętała się wielka burza i spadł rzęsisty i obfity deszcz. Na powrót rowy napełniły się wodą a wielkie pompy nie musiały już nawadniać łąk i pól.

Wszystkie żaby z radością pławiły się w wodzie. Zabawom i uciechom nie było końca. Najbardziej zadowolona była mała żabka, którą wszyscy teraz podziwiali. Rozpierała ją żabia duma. Tego dnia była prawdziwym bohaterem.
– Miałam rację! Miałam rację! A nie mówiłam? – rozpowiadała na lewo i prawo – Wiedziałam, że spadnie deszcz. Widzicie, jaka jestem mądra?

Cała żabia społeczność jednak bardzo szybko zapomniała o jej nadzwyczajnych mądrościach i zasługach. Wszyscy wrócili do swoich zajęć i nie chcieli słuchać o wydarzeniach sprzed kilku dni. Zwłaszcza, że teraz największe zainteresowanie wszystkich żab wzbudzały łaciate, czarno-białe krowy pasące się nieopodal, na pokrytej zieloną, soczystą trawą łące. Kiedy przychodziły do wodopoju, żaby z zazdrością przyglądały się im.

–  Jakież te krowy są wielkie… Nigdy i nikt im nie dorówna… My, żaby jesteśmy takie małe i niepozorne…–  głośno wyraziła swoją opinię sąsiadka żaba. Wszystkie żaby przytaknęły jej w milczeniu

Wszystkie – oprócz naszej małej żabki. Ta darła się znowu:
– Hej, słuchajcie wszyscy! Jeśli zechcę to zaraz będę tak wielka jak krowa-holenderka, zobaczycie, urosnę i już wszyscy będą musieli mnie słuchać! Będę wielka jak krowa! Będę wielka jak krowa!
– A ona znowu wszystkim przeszkadza! Uspokójżesz się wreszcie mała żabo! Nie ty tu jesteś najważniejsza i przestań wreszcie hałasować. Nigdy nie ma spokoju przez te nieokrzesane bachory! – denerwowała się sąsiadka żaba, która nigdy nie miała swoich żabich dzieci.

Napomnienia nie przyniosły skutku.
– Skoro potrafiłam przewidzieć deszcz potrafię również urosnąć. Zobaczycie, jaka będę wielka! Patrzcie tylko!
Nabrała w płuca tak wiele powietrza ile było w stanie się w niej pomieścić i stanęła na tylnych łapkach. Nadymała się przy tym coraz bardziej.

Po chwili zapytała dumna:
– No i co, jestem już tak duża jak krowa?
– Ale z ciebie głuptas! Czy nie widzisz jak wiele ci jeszcze brakuje, co byś nie zrobiła, nie będziesz taka wielka! – zaśmiały się żaby.
Na te słowa mała żabka zdenerwowała się nie na żarty. Po raz kolejny zaczerpnęła wielki haust powietrza jeszcze wyżej unosząc głowę i zapytała:
– No, no i kto jest teraz większy? Ja czy krowa?
Żaby pokładały się ze śmiechu:
– Krowa!
Jakiś dowcipniś zawołał:
– Ty, ty jesteś większa, cha, cha, cha! Ale od krowiej racicy!

Na to mała żabka mądrala jeszcze bardziej się zezłościła i zawołała resztkami sił:
– Teraz uważajcie! Zaraz zobaczycie!
Nadęła się jeszcze mocniej. Już ledwo nabierała powietrza… Już prawie nie mogła oddychać… Oczy wyszły jej na wierzch… Prawie uniosła się w powietrze. Żaby zamarły z przerażenia. Niektóre tak się przestraszyły wyczynu małej żabki, że pochowały się w gęstej trzcinie!

I nagle… – huk! Wielkie – bum! Mała żabka pękła. Rozprysła się na tysiąc drobnych strzępków. Nie zostało po niej nic. Tylko na powierzchni wody utworzył się wielki krąg – jakby ktoś wrzucił duży kamień. Ale z czasem nawet falowanie znikło.

– Dobrze ci tak – powiedziała sąsiadka żaba, która nigdy nie miała swoich żabich dzieci. – Nie każdy, kto podczas suszy przewidzi deszcz, może, w czasie kiedy wody jest pod dostatkiem, stać się wielkim jak krowa

Z drugiej strony – trochę żałowała małej i głupiutkiej żabki.

opracowanie własne na podstawie popularnej bajki
zdj. Jolanta Klupś

Spacer

Coraz mniej jest osób, które przemieszczają się na piechotę. Wolno, na własnych nogach. To nie to samo, co uprawianie joggingu albo nordic walking. Tu chodzi o najzwyklejsze chodzenie do znajomych, pracy, sklepu lub urzędu.

Niechodzenie przynosi straty społeczne. Nie tylko zdrowotne. Fizjolodzy twierdzą, że marsz jest znacznie bardziej wartościowy dla zdrowia, niż bieganie. Spacer jest również korzystny ze względu na możliwość poczynienia różnorakich obserwacji. Zbyt wnikliwe obserwowanie otoczenia podczas jazdy samochodem, rowerem czy nawet na deskorolce może być przyczyną groźnego wypadku. Za to podczas spaceru, baczne oglądanie się na wszystkie strony gwarantuje zwiększenie bezpieczeństwa piechura.

Spacer jest przydatny jeszcze w jednym przypadku – podczas sprawowania rządów w lokalnej społeczności. Daje to wymierne efekty. Władza jest wtedy zdrowsza, mniej czasu przebywa na zwolnieniach lekarskich. Przemieszczanie się wyłącznie z pomocą samochodu, nawet na najbliższe odległości, jak wiemy, może w skrajnych przypadkach, w połączeniu ze stresem powodować rzeczy ostateczne. Przede wszystkim jednak, ruch pieszy znacznie poszerza możliwości komunikowania się władzy z rządzoną ludnością.

Mało kto zdaje sobie sprawę, że istnieje oficjalnie naukowo uznana metoda zwiększenia partycypacji obywatelskiej we władzy, nazywana spacerem badawczym. Najkrócej definiując, jest to terenowa metoda pytania mieszkańców o ich opinie w jakiejś kwestii. W ten sposób można też sprawdzić dostosowanie przestrzeni publicznej do potrzeb użytkowników.

Żeby spacer badawczy przyniósł korzyści, należy odpowiednio zaplanować trasę, jej długość, czas trwania, kwestie i problemy, które mogą być wówczas poruszone, a nawet porę dnia, kiedy powinna się odbyć.

W niewielkim miasteczku w Umbrii we Włoszech burmistrz stosuje powyższą metodę od lat, regularnie, co miesiąc, rozmawiając z mieszkańcami na ulicach. Dzięki spacerowi badawczemu w mieście są prawdopodobnie najczystsze publiczne szalety w całych środkowych Włoszech.

W Polsce również rośnie grono badaczy spacerowych. Metoda spaceru badawczego była, na przykład, wykorzystana podczas konsultacji społecznych dotyczących oświetlenia podwórek na warszawskiej Woli.

Prekursorem spaceru badawczego na Żuławach był nieodżałowany śp. Bolek Klein. Do dziś mieszkańcy Nowego Dworu Gdańskiego wspominają jego spotkania z mieszkańcami, sprawdzanie postępu robót na miejskich inwestycjach, rozmowy z przypadkowo poznanymi osobami na trasie z domu do pracy w prezydium.

Spacer badawczy jest tanim narzędziem. Do jego przeprowadzenia wystarczy tylko jedna, góra trzy osoby. Niewątpliwie wymaga jednak świetnej znajomości terenu i, przede wszystkim, dobrego przygotowania merytorycznego, sporych kompetencji i wiedzy.

Co można zrobić, żeby spacer badawczy był bardziej popularny na Żuławach?

Kult cargo

Gdzieś na Oceanie Spokojnym, przeszło sto lat temu, ludzie uwierzyli, że samoloty są wysłannikami bogów. Zderzenie słabo rozwiniętej i prymitywnej tubylczej cywilizacji z wysoko rozwiniętą cywilizacją Zachodu poskutkowało powstaniem tzw. kultu cargo. Oto wystarczy, naśladując białych, wybudować lotnisko, aby otrzymać z nieba wszystko, co jest niezbędne do życia. Tego typu wierzenia osiągnęły apogeum podczas amerykańsko-japońskiej wojny na Pacyfiku. Na wielu dziewiczych wyspach wybudowano wówczas wojskowe bazy zaopatrywane wyłącznie poprzez transport powietrzny.

Do dziś, gdzieś na skrawkach lądu pośrodku oceanu, stoją atrapy wież kontroli lotów wybudowane z drewna i palmowych liści, a w gęstej dżungli wycinane są polany w kształcie lądowisk i pasów startowych. Wielki wysiłek tubylców ma służyć pozyskaniu przychylności niebios, które już, zaraz przyślą oczekiwane fanty, jako nagrody gwarantujące równość, szczęście i dostatek.

Niestety, w XXI wieku, w samym środku Europy, w Polsce, ale nie tylko, również nie brakuje wyznawców kultu cargo. Najczęściej jego czcicielami (cóż z tego, że nieświadomymi) są samorządy. Dumne, poniekąd słusznie, że inwestując w stadiony, drogi, chodniki i lampy uliczne nadrabiają wielodziesięcioletnie zaległości infrastrukturalne. Daremne są jednak oczekiwania, że jest to źródło bogacenia się zwykłych obywateli. Oczywiście, każdy to stwierdzi, rośniemy, piękniejemy i zmieniamy pozytywnie wizerunek naszych miast i wsi. Wzrost to jednak jeszcze nie rozwój. Podstawowe pojęcia ekonomiczne są rozumiane opacznie. Rośnie produkt (czyli, w skali kraju, PKB), ale dochody stoją w miejscu, albo nawet maleją – ze względu na wciąż rosnące koszty.

Mówi się, że co trzecia inwestycja zrealizowana na fali koniunktury wydawania unijnych pieniędzy zostanie brutalnie zweryfikowana przez życie: gospodarkę i możliwości budżetowe lub przez „brak życia” – fatalną demografię.

Ileż to mamy przypadków nowoczesnych centrów kongresowych i wystawienniczych, wielkich hal widowiskowo-sportowych, stadionów powstałych za blisko siebie, bezsensownie konkurujących o tego samo klienta? W skali gminnej są to zarastające chwastami place zabaw, na których nie bawią się dzieci i ścieżki rowerowe po których jeżdżą, co najwyżej, balkoniki seniorów.

Tak oto powstaje wyzwanie dla nowo wybieranych władz. Wydano wiele milionów złotych, włożono mnóstwo pracy. Pojawiło się oczekiwanie, że szybko nadejdzie dobrobyt. Oby…

Dobrze oświetlone i oznakowane specjalnymi tablicami inwestycje są dobrze widoczne z daleka i wysoka. Ponoć nawet z kosmosu.

Drugi sektor

Pewien francuski urzędnik postanowił stanąć oko w oko z prawdą o swoim zawodzie. Wziął do ręki książkę telefoniczną i odszukał adresy przedsiębiorców, rzemieślników, kupców – jak to się mówi u nas – osób fizycznych prowadzących własną działalność gospodarczą, w większości będących tzw. misiami, czyli, w skrócie małymi i średnimi przedsiębiorstwami. Kierując się potrzebą swojego umysłu, a może też i serca, napisał do nich list. Treść korespondencji stanowiły głównie pochwały za regularnie i w dużej wysokości płacone podatki, dzięki którym on, urzędnik, żyje sobie całkiem nieźle, ma 5-tygodniowy urlop i stać go na czesne na naukę dzieci w najlepszych francuskich szkołach kształcących, a jakże, przyszłych urzędników.

Ów biuralista otrzymał różne odpowiedzi. Niektóre zawierały karczemne wyzwiska, wśród których darmozjad, było najłagodniejsze. Inne, chwaliły za odwagę do publicznego przyznania się, kto tak naprawdę we Francji utrzymuje urzędników i skąd się bierze jej potęga.

Kiedyś, na lekcjach ekonomiki przedsiębiorstw socjalistycznych w szkołach średnich oraz na ćwiczeniach i wykładach ekonomii politycznej socjalizmu w szkołach wyższych uczono o transferach z pierwszego, tzw. wytwórczego, sektora gospodarki do sektora nie wytwarzającego dóbr, wtórnego. Za każdym razem zapewniano, a nawet indoktrynowano, uczniów i studentów, że dzięki centralnemu planowaniu istnieje absolutnie nienaruszalna równowaga tych dwóch sektorów.

Oczywiście, kiedy przychodził czas na kolejne etapy niekończącej się reformy systemu, owe zasady były naruszane, co skończyło się tak, jak być może już niektórzy zapomnieli, a drudzy nie zdążyli się dowiedzieć.

Dzisiaj, kiedy plany: trzyletni, sześcioletni, pięciolatka zostały jasno określone jako słusznie minione sposoby odgórnego kreowania rozwoju, wierząc w zapewnienia, że wolny rynek przeregulowany zasadami urzeczywistniającymi sprawiedliwość społeczną zapewnia automatycznie szczęście jednostek – często zapominamy o podstawach zdrowej i silnej gospodarki.

Taka gospodarka istniała kiedyś na Żuławach. W delcie Wisły żyło się dobrze. Mało tego, dobrobyt eksportowało się na Kaszuby i Kociewie. Nawet w okresie Wolnego Miasta, kiedy kryzys zachwiał gospodarką światową, a granice celne na Nogacie gospodarką lokalną, Żuławy otaczał nimb całkiem znośnego miejsca zamieszkania.

Szkoda, że Żuławy dzisiaj tak niebezpiecznie przesunęły się w stronę drugiego sektora.

Slow? Smart? Czy tak, jak zwykle?

Ostatnio sporo się zadziało w sprawie życia mieszkańców Nowego Dworu Gdańskiego. Oto ich dostatek ma zagwarantować zrobienie ze stolicy Żuław slow city – miasta dobrego życia.

Część obywateli zajęła się zatem uchwalaniem takiego przyszłego stanu. Inni, postanowili, że postarają się coś niecoś o tym dowiedzieć i opowiedzieć nieuświadomionym. Jeszcze inni – tych jest najwięcej – znaczna i znacząca większość, przeszli nad tym zupełnie obojętnie. Po prostu – nie słyszeli i nie wiedzą, o co chodzi. Faktu tego, póki co, nie zmieni jeden czy drugi artykuł w gazecie, ani wpis na fejsiku, ani masowo wysłany sms.

Tymczasem, idzie szeroko przez świat nowy trend – powstają miasta, już nie tylko spokojne, ale również inteligentne – smart city. Czy to jest dobra nazwa? – trudno powiedzieć. Języki ludzkie od czasów babilońskich, na tyle różnią się między sobą, że tłumaczenia były i są kłopotem. Skoro mówi się o inteligentnych budynkach, to można i o inteligentnych miastach czy regionach.

Inteligencja, w tym przypadku, ma się przejawiać maksymalnym wykorzystaniem istniejących zasobów wiedzy, zastosowaniem najnowszych, najnowocześniejszych, nieraz prawie fantastycznych i szalonych, technologii. Smart city korzysta z zasobów, dbając jednak, żeby ich w żaden sposób nie uszczuplić. Jeśli inteligentnie, to powinno być i mądrze.

Czy na smart city da się zarobić? Pytanie jest otwarte, podobnie, jak w przypadku slow city. Przy skorzystaniu z szerokich możliwości pozyskania pieniędzy z różnych dotacji (czyli, jak uważa większość, nie naszych) można całkiem nieźle wzbogacić zarówno budżet gminny, jak i domowy. W przypadku budżetu aglomeracji wielkości Nowego Dworu Gdańskiego mówi się o rocznych oszczędnościach w wydatkach rzędu milionów złotych przy jednorazowym udziale w inwestycjach rzędu kilkuset tysięcy.

Niektórzy już snują fantastyczne wizje, jak to miasto będzie wykorzystywać prąd wyprodukowany przez publiczne kolektory fotowoltaiczne, rozsyłany po własnej miejskiej sieci (sprzedaż hurtowa do sieci energetycznej publicznej i ponowne jej odkupienie się nie opłaca), ogrzewający szkoły i urzędy, wykorzystywany do naszpikowanych czujnikami ruchu ledowych lamp oświetlających najciemniejsze uliczne zakamarki. A jeśli pojawią się nadwyżki energii? Cóż prostszego – od czego mamy wieżę ciśnień? Będzie pełnić wówczas rolę elektrowni szczytowo-pompowej!

Należy tylko mieć nadzieje, że pojęcia typu smart city, slow city, czy inne, związane z innowacyjnościami, nie będą wyłącznie słowami-wytrychami, ale składnikiem przyjaznej zwykłemu człowiekowi rzeczywistości.